Daria Dadun i Mirosław Gordon

Piszę wspólne wspomnienia męża i moje, gdyż nasze życia prywatne i zawodowe bardzo szybko się ze sobą powiązały. Mirek był pierwszą osoba jaką poznałam w dniu mojego przyjazdu do Państwowej Bursy Szkół Artystycznych w Gdańsku. Pózniej okazało się, że oboje pochodzimy z Bydgoszczy…

Mirek byl już wtedy w czwartej klasie baletowej, jako pierwszoklasistka miałam do niego i do jego kolegów z klasy ogromny respekt !

Tak się złożyło, że to on był zawsze wyznaczony przez naszego wychowawcę internatu jako opiekun, gdy trzeba było kilka razy do roku jechać ze mną na pogotowie okulistyczne, bo o dziwo…często wpadały mi do oka jakieś obce ciała ! 😅

W wieku 14 lat, po moim pierwszym poważnym wypadku kolana, który wykluczył mnie na długo z lekcji tańca,byłam całkowicie przekonana, że moja niedoszła kariera tancerki zawodowej jest już na zawsze zaprzepaszczona. Wtedy to także mój starszy kolega Mirek zaglądał do mego pokoju, by dodawać mi otuchy.

Kiedy oboje znaleźliśmy się w grupie konkursowej prowadzonej przez Pana Profesora Bogdana Chojnackiego, mimo, że pracowaliśmy do konkursu z innymi  partnerami, on od razu wyczuł, że coś między nami zaiskrzyło !

Zaiskrzyło na tyle, że udało nam się wtedy zdobyć drugie nagrody konkursowe!

Mirek zdał swój taneczny dyplom 3 lata wcześnej ode mnie i od razu dostał angaż w Teatrze Wielkim w Warszawie. Mimo to, pozostał w Gdańsku, gdzie przez 3 lata pracował w Operze Bałtyckiej, jednocześnie przychodząc wieczorami do szkoły, by dodatkowo partnerować mi na zajęciach repertuaru. Już wtedy zaczęliśmy występować razem na scenie, na przykład w ramach Gdyńskich Wieczorów Baletowych.

Dzięki Mirkowi mogłam zatańczyć na moim dyplomie oba pas-de-deux z Jeziora Łabędziego.

 I tym razem nam się udało! Oboje dostaliśmy angaż w Teatrze Wielkim w Warszawie i mogliśmy juz razem, opuścić Gdańsk.

Lata pracy w Operze Bałtyckiej były dla Mirka bardzo owocne. Bardzo tam w niego inwestowano! Jako młody artysta miał tam doskonały warsztat odtwarzając wiele ciekawych, głównych  ról. To doświadczenie sprawiło, że przyjęto go do Teatru Wielkiego bezpośrednio na stanowisko pierwszego tancerza!

Okres pracy w Teatrze Wielkim w Warszawie kojarzy mi się przede wszystkim z ogromną sceną, na której w solowych partiach trzeba było porządnie się „nabiegać”, aby wypełnić całą przestrzeń swoją obecnością.

Z podziwem obserwowałam moje starsze, bardziej doświadczone koleżanki podczas lekcji, prób i występów. Często czerpałam od nich inspirację i motywację do pracy. Mirek błyskawicznie opanował nowy repertuar i został partnerem najwybitniejszych artystek tamtych lat – Ewy Głowackiej, Anny Białeckiej, Beaty Więch, Eli Kwiatkowskiej… Był wspaniałym Albertem, Zygfrydem, Colinem, Desiré…

W Warszawie ponownie spotkałam mojego dawnego gdańskiego partnera, Mariusza Małeckiego, z którym miałam ogromną przyjemność zatańczyć pas de deux z Romea i Julii w choreografii Maurice’a Béjarta.

Jednym z przedstawień, które na zawsze pozostanie w naszej pamięci, była nasza premiera Kopciuszka w choreografii Vinogradova – mogliśmy w niej znów zatańczyć razem. Szczególne znaczenie miał też Don Kichot, w którym po raz pierwszy wystąpiliśmy jako obsada premierowa. Mieliśmy także szczęście tańczyć w dziełach takich mistrzów jak Ashton, Balanchine, Béjart, Hans van Manen, Emil Wesołowski. Niestety, pod koniec lat 80., wraz z pogłębiającym się kryzysem ekonomicznym w Polsce, spektakle i premiery stawały się coraz rzadsze, a my zaczęliśmy odczuwać stagnację w naszym artystycznym rozwoju.

Zmagaliśmy się również z brakiem perspektyw mieszkaniowych – choć życie we wspólnym „kołchozie” na Moliera miało swój niepowtarzalny klimat! Coraz więcej naszych kolegów opuszczało warszawski zespół i wyjeżdżało na zagraniczne kontrakty. Liczne tournée dały nam możliwość występowania na scenach Europy i świata, a jednocześnie rozbudziły w nas chęć, by spróbować swoich sił na Zachodzie…

W jedynym dniu, w którym mogliśmy przyjechać do Hamburga, John Neumeier, zajęty swoją premierą, nie znalazł dla nas czasu. Cóż było robić – zamiast marzeń o Hamburgu przyszło nam podpisać pierwszy zagraniczny kontrakt w Teatrze w Dortmundzie. Ale los szybko postanowił nas rozpieścić! Już po trzech miesiącach pojawiła się szansa pracy w Ballet National de Nancy et de Lorraine, którego stery właśnie przejął legendarny Pierre Lacotte. Słyszeliśmy o tym zespole same świetne rzeczy – w repertuarze klasyka, romantyzm, demi-klasyka i choreografie współczesne, czyli pełen taneczny przekładaniec! A na dodatek zespół nie miał swojego teatru, bo… ciągle był w trasie!

Nancy kupiło nas od pierwszego wejrzenia. Główny plac wyglądał jak z bajki, a na jego środku dumnie stał pomnik Stanisława Leszczyńskiego – króla Polski i księcia Lotaryngii. Miejscowi uwielbiali go jako mecenasa sztuki i nauki, więc chyba dobrze trafiliśmy! Natychmiast poczuliśmy się jak u siebie.

Mirek, jak to Mirek, po trzech tygodniach prób wskoczył w kostium Alberta i zatańczył jakby nigdy nic (tym razem w lacottowskiej wersji). Ja natomiast musiałam od nowa wspinać się po szczeblach hierarchii francuskiego zespołu. A nie było łatwo! Francuzi mieli zupełnie inną technikę – precyzja stóp i błyskawiczne batterie sprawiały, że moje łydki płakały po każdej próbie.

W zespole panował cudowny, kosmopolityczny chaos. Każdy mówił w swoim języku, więc nasza łamana francuszczyzna nie budziła sensacji. Co więcej – szybko przestaliśmy się tym przejmować!

Nasze życie to były walizki, samoloty, autokary i hotele. Wieczna zmiana czasu, klimatu i sceny. Wspomnienia? Cała masa! Na przykład ten moment, gdy podczas pobytu na Florydzie wyszłam na chwilę do sklepu i wróciłam… przypieczona jak kurczak z rożna. Wieczorem biały podkład na mojej skórze Mirty po prostu spływał – baletowa charakteryzacja kontra tropikalne słońce!

Zwiedziliśmy kawał świata, choć często trzeba było wybierać – spacer po Murze Chińskim czy świeżość nóg na wieczorny spektakl? Czasem kusząca była ta pierwsza opcja, ale jednak nogi wygrywały.

Z takim trybem życia trudno było myśleć o rodzinie… ale kto jak nie my? Jako pierwsi w zespole odważyliśmy się zostać rodzicami. Oczywiście nie bylibyśmy w stanie pogodzić tańca i wychowania dwóch córeczek bez pomocy mojej mamy, która przejęła stery, gdy my fruwaliśmy po świecie.

I do końca życia będziemy jej za to wdzięczni!

W całej mojej zawodowej karierze – w przeciwieństwie do Mirka – borykałam się z wieloma kontuzjami. Były one moimi nieproszonymi towarzyszkami, a najbardziej upartym przeciwnikiem okazało się kolano. Po czwartej operacji, setkach godzin spędzonych na rehabilitacji i niezliczonych tabletkach przeciwbólowych stało się dla mnie jasne, że czas w końcu powiedzieć „stop”.

Odejście ze sceny nie było łatwe – zwłaszcza w chwili, gdy czułam się technicznie i artystycznie dojrzalsza niż kiedykolwiek wcześniej, gotowa stawić czoła najbardziej wymagającym rolom. Ale wiedziałam też, że ta decyzja pozwoli mi wreszcie poświęcić więcej czasu życiu rodzinnemu, a szczególnie naszym małym córeczkom, które potrzebowały mamy nie tylko na scenie, ale przede wszystkim obok siebie.

Nie byłam od razu pewna, czy odnajdę się w nowej roli – pedagoga baletu – i czy ten zawód stanie się moją pasją. Choć zdobycie wiedzy teoretycznej, przejście przez trudne egzaminy i uzyskanie francuskich dyplomów było ogromnie wartościowe, nie sprawiło, że poczułam się od razu pewnie w nowej rzeczywistości.

Dopiero codzienna praca z uczniami, chęć zrozumienia ich potrzeb, oraz nieustanna refleksja nad tym, jak nauczać tańca klasycznego – z szacunkiem do jego historii i tradycji, ale też z uwzględnieniem najnowszych badań nad możliwościami ludzkiego ciała – pomogły mi z czasem odnaleźć się w tej odpowiedzialnej, ale i niezwykle satysfakcjonującej roli.

Dziś to ja kształcę przyszłych francuskich pedagogów tańca, kładąc szczególny nacisk na wiedzę anatomiczną i analizę funkcjonalną ruchu. Staram się uwrażliwiać ich na to, jak ważne jest poszanowanie integralności ciała każdego ucznia i stworzenie mu warunków do indywidualnego, artystycznego rozwoju – bez względu na to, czy marzy o profesjonalnej karierze, czy tańczy z pasji.

Mirek zakończył swoją karierę sceniczną dopiero w wieku 45 lat – a trzeba przyznać, że z imponującą zdolnością do dostosowywania się do zmian, które przynosiły kolejne dyrekcje i ich wizje artystyczne. Jego przygoda ze sceną jednak się nie skończyła – dziś jako reżyser sceny czuwa nad technicznym i organizacyjnym przebiegiem przedstawień naszej kompanii. I wciąż, kiedy tylko tancerze proszą o radę, dzieli się swoim bogatym doświadczeniem – bo jak sam mówi: „Ciało już nie to, ale oko – jak sokół!”

Taniec był, jest i będzie nieodłączną częścią naszego życia. A Gdańsk – i jego ukochana „baletówka” – to miejsce, do którego zawsze wracamy z ogromnym wzruszeniem i sentymentem. To tam wszystko się zaczęło – i tam zawsze zostaje kawałek naszego serca.